Bracia zaś, którzy udają [się do niewiernych niech] nie wdają się w kłótnie ani spory, lecz winni być poddanymi "wszelkiemu ludzkiemu stworzeniu ze względu na Boga" (1 P 2, 13) i przyznawać się do wiary chrześcijańskiej.

12.12.2022, Bimbo, RCA
12.12.2022, Bimbo, RCA
Data: 2022-12-12
W niedziele wspólne modlitwy zaczynamy o godzinie 7h00. Bracia którzy przygotowują w tymże dniu posiłek, udają się wcześniej na Mszę do parafii, na godzinę 6h30, by po powrocie rozpocząć pracę w kuchni. W ten sposób pozostali bracia wychodzą na Mszę na 9h30 i dzięki temu dom nie pozostaje pusty. Bracia kapłani natomiast dostosowują się w zależności od obowiązków duszpasterskich: wyjazd na wioski wymaga wcześniejszej pobudki i modlitwy indywidualnej, zaś Msza w którejś parafii w Bangui także modyfikuje plan dnia danego brata w zależności od godziny Eucharystii. Poranki są więc trochę poszarpane, jeśli chodzi o życie wspólne. 
 
W tym dniu byłem poproszony o Mszę we więzieniu dla kobiet, w Bimbo, niedaleko naszego domu. Msza miała rozpocząć się o 8h15, zatem mogłem uczestniczyć wcześniej w modlitwach wspólnych. Gdy zakończyliśmy Jutrznię, tradycyjnie przed kaplicą podaliśmy sobie ręce na przywitanie i ruszyłem do budynku gdzie znajduje się mój pokój… i uderzyłem nosem w drzwi. Wydawało mi się, że wychodząc nie zamknąłem je na klucz, ale drzwi były zamknięte. Próbując otworzyć zamek kluczem zrozumiałem, że drzwi się zablokowały. Powoli zeszli się bracia, którzy chcieli wejść przez te same drzwi do salonu. Jeden klucz, drugi klucz… bez efektu. Zazwyczaj w takich przypadkach należałoby wziąć wiertarkę i przewiercić cylinder, ale wiertarka i wiertła były w wewnątrz budynku. Wywarzyć drzwi?! Szkoda… Opcja była jeszcze inna. Afrykańskie budynki, z racji na klimat nie są tak szczelne jak te w Europie. Nad murem a pod dachem jest szczelina przez, którą można się dostać na poddasze. Stamtąd przez wnękę można zejść do salonu, bo jedna z płyt sufitu jest ruchoma (pozwala wejść na poddasze w razie awarii elektryki – tam idą wszystkie kable). Wdrapałem się więc do góry, przecisnąłem się miedzy cegłami a blachą i krokwiami. Po belkach dotarłem do ruchomej płyty. Po kilku próbach udało mi się ją wyciągnąć, co nie było oczywiste, bo zazwyczaj robi się to od dołu a nie z góry. Spuściłem się do domu, a dokładnie do naszej toalety. Byłem szczęśliwy, że się udało ale od razu uświadomiłem sobie, że toaleta jest zamknięta a w drzwiach nie ma tradycyjnej klamki: są zasuwy, wewnątrz i zewnątrz. Nie pozostało nic innego jak wyważyć drzwi i przejść z toalety do salonu. Naprawa takiej zasuwy nie jest skomplikowana więc nie zaprzątałem sobie tym głowy. Z salonu dotarłem do pokoju, zabrałem narzędzia i na szczęście wiercenie cylindra było zbędne. Okazało się, że nie zablokował się cylinder od klucza ale ta część, która wsuwa się za pomocą klamki. Zatem wystarczyło lekko podważyć i mechanizm ruszył. Dostęp do tej części był niemożliwy z zewnątrz. Później wystarczył mały szlif i drzwi działają dziś bez zarzutu. 
 
Dlaczego o tym opowiadam? Bo scena ta dała mi do myślenia. 
 
Jak Wam opisuję już od jakiegoś czasu, moja codzienna posługa zmieniła się w porównaniu z tym co robiłem w Boali. Rzadziej głoszę Słowo, mniej spotykam się z ludźmi, generalnie mało mnie na zewnątrz. Mało mnie widać. Nie widać też tego co robię. Zostałem powołany na ten czas, by wejść przez strych do środka i zadbać o to, by bracia którzy posługują na zewnątrz mogli wejść do domu. 
 
Wciąż trwam na rozważaniach co do tego kim jestem dzisiaj przed Panem, kim chce mnie mieć. I mimo częstych wątpliwości i niepewności coraz jaśniej widzę i słyszę to co zostaje mi przez Pana prezentowane. Moja misja skupia się na pracy ad intra, czyli na tym co wewnątrz. Przygotowując wykłady dla naszych braci, odkrywam, jak to Franciszek nakreślając wizję wspólnoty, mówi o trzech grupach braci: tych którzy głoszą, tych którzy się modlą i tych którzy pracują. Piękny tego obraz znajdujemy w regule dla braci żyjących w pustelni. Tam mowa jest o Marcie i Marii, (bo brak tam braci którzy głoszą). W wizji franciszkańskiej jest więc taki podział obowiązków ale co istotne, jest on czasowy. Po czasie następuje wymiana. W tych obrazach Franciszek posługuje się także terminami „Matka” i „Syn”. To także przywołuje piękne skojarzenia i wspomnienia. Nie raz wracam myślą do rodzinnego domu, gdzie mama z taką pieczołowitością rozdawała kawałki mięsa na obiad zostawiając sobie małe strzępy, które pozostawały. Irytowało mnie to. Ale dziś to rozumiem, sam stając na „jej miejscu”. Mam nową rolę i coraz bardziej się w niej odnajduję, choć wciąż wiele głosów – wewnętrznych i zewnętrznych – woła mnie do tego co było moim udziałem w innym czasie. Sporą presją są wzorce, które mnie otaczają oraz te które sam sobie nakreśliłem. Ale jak zapewnia mnie mój kierownik, oraz mistrzowie życia duchowego – nigdy nie będę Franciszkiem, ani nawet nie mam nim być. On inspiruje, ale ja mam być sobą. I stąd to wraca mi to pytanie – „kim jestem ja a kim jesteś Ty Panie”. 
 
Treścią mojej misji jest więc życie braterskie (i jest to dla mnie wyzwanie niebagatelne!). Bycie z moimi braćmi i bycie dla nich. Nabiera to szczególnego znaczenia tutaj, w domu formacyjnym. Jesteśmy razem na różnych płaszczyznach. Spotykamy się nade wszystko w kaplicy. Dzięki mojemu rytmowi życia, mogę być z nimi na wszystkich godzinach kanonicznych (modlitwy brewiarzowej) oraz innych praktykach pobożnościowych. Jestem z nimi przy posiłkach. Razem ogarniamy ogród, wspólnie oglądamy telewizję, rozmawiamy i odpoczywamy np. przy grach planszowych, które okazują się niezwykłym atutem w poznawaniu naszych braci i odkrywaniu tego co poukrywane. Ciekawe, że także wspólne oglądanie meczy, daje ogromny bagaż treści formacyjnych. W kotle emocji jesteśmy inni, pokazujemy siebie. Zarówno formowani jak i formujący ; ) 
 
Ostatni weekend wybrałem się na motorze do Boali i Boyali. Była to wizyta czysto braterska. By spędzić trochę czasu z Kordianem i Barnabą. Zwłaszcza z tym drugim, bo w Boyali dom braci znajduję się dość daleko od wioski i kościoła, na uboczu. Ludzi tam nie uraczysz. Nie jest to najszczęśliwsze rozwiązanie, by mieszkać poza wioską, ale takie warunki bracia zastali. Znając zaś Barnabę, aż trudno sobie wyobrazić jak wielkim wyzwaniem jest dla niego spędzanie dni w samotności bez kontaktu z miejscową ludnością, kiedy jego współbrat wyjeżdża na tournée duszpasterskie na wioski… Ta wizyta pozwoliła mi też sprawować niedzielną Eucharystię w Boali, mojej byłej parafii. Przyjemne doświadczenie. 
 
Będąc poza stolicą zakupiłem nieco warzyw i owoców o które w Bangui tak trudno. 
 
Lada moment wejdziemy w Bożonarodzeniowe uroczystości. Z pewnością spotkamy się z braćmi. Najprawdopodobniej w którejś z parafii – św. Piotra w Boali lub św. Trójcy w Boyali. Będziemy decydować na dniach. O rezultatach napiszę przy następnej okazji. 
 
Tymczasem lecę zajrzeć do kuchni, a później do kaplicy, na modlitwy południowe!
 
Niech Pan Wam błogosławi i nawiedza Was tam, gdzie sam Was posłał. Nie wzgardzi żadnym miejscem ani żadną rzeczywistością. Przychodzi dla nas i dla naszego zbawienia. Szuka mnie tam, gdzie jestem. Nawet za zaklinowanymi drzwiami...